Skrzynia

***

Pamięć przejawia wiele fascynujących i chyba nie do końca wyjaśnionych cech. Jedną z nich jest zjawisko, polegające na tym, że jakiś bodziec odświeża nasze przeżycia – czasami tak dalece, że mamy dosłowne poczucie, że na krótką chwilę przenieśliśmy się do czasu minionego. Bodźce to często zmysłowe: jak choćby, dajmy na to, utwory muzyczne, których słuchaliśmy w jakimś okresie życia, albo zapachy, kojarzące się z chwilami lub miejscami (któż nie ma rzewnych skojarzeń z zapachem świeżo skoszonej trawy, lub balami pochodzącymi z wycinki, ułożonymi wzdłuż leśnej drogi?). Innym tego rodzaju stymulanteme, inicjującym czasoprzestrzenną podróż duszy, mogą być nieraz całkiem niepozorne przedmioty.

I o takich dwóch przedmiotach chciałbym opowiedzieć. Choć z pewnością nie są one niepozorne. 

 

***

Sytuacja, o której opowiadam, to wręcz przesyt, natłok takich artefaktów – czasoprzestrzennych portali. Oto smutna czynność: porządki w ubraniach po zmarłej mamie. Od jej śmierci minęło już sporo czasu, ale u taty wciąż czekały szafy i skrzynie do przejrzenia. Tak się też złożyło, że uczestniczymy w tym w czwórkę: tata, brat, moja żona i ja – co dodaje powagi całej sprawie, jakby nie było jej wystarczająco, oraz nieco niechcący sprawiło, że scena ta urosła do rangi rodzinnego rytuału. Wiele z wyciągniętych przez nas ubrań tego popołudnia budzi w nas bardziej, lub mniej równomierne fale wzruszenia. To jednak, co znaleźliśmy na dnie ostatniej już skrzyni, opowiedziało historię nie o mamie, a o tacie. 

Wszystkie już miejsca przechowywania zostały przepatrzone – toaletka, szafy i szafki, w końcu także wspomniane skrzynie. A wtedy, prawie na samym dnie ostatniej z nich, natrafiliśmy na przedmiot tajemniczy – i, jak się zaraz miało okazać, bardzo wyjątkowy. Oto któreś z nas wyciągnęło ze skrzyni najzwyklejszą, spraną, męską koszulę nieokreślonego koloru, który można by określić jak szaro-niebieski. 

– O proszę. To moja koszula z “Monte” – zauważył tata, uśmiechając się melancholijnie – Kiedyś miała na plecach napisane “zakład karny Montelupich”, ale latami ją “katowałem” i napis w końcu się sprał. Wiecie, to był szpan, żeby w latach osiemdziesiątych paradować w takiej koszuli po ulicach – tata dalej uśmiechał się sentymentalnie, ale z łobuzerską nutą w szarych oczach. 

Ten uśmiech zdał mi się zaskakujący, świadczący o znaczącym czasowo-symbolicznym zdystansowaniu do bądź co bądź dramatycznych dla taty wydarzeń czasów “Solidarności”. Natychmiast, po raz nie wiadomo który, bohaterska historia mojego taty przyszpiliła moją świadomość. 

 

Jestem tu winien wyjaśnienie. Tata na przełomie lat 82/83 był więźniem politycznym właśnie w krakowskim Monte. Wcześniej jako członek NZS kolportował “bibułę” – wpadł, gdy milicja rutynowo skontrolowała jego samochód na rogu Stradomia i Krakowskiej. Swoją drogą, to zastanawiające, jakie szczegóły zostają nam w pamięci, jak choćby właśnie miejsce zdarzenia, a nie pamiętamy najważniejszych – nie umiałbym bowiem przypomnieć sobie kiedy dokładnie tata siedział. Na pewno było to pół roku; i na pewno z tego przez 3 tygodnie prowadził “głodówkę”. Jeśli mnie pamięć nie myli, to wyszedł z więzienia <<w zawieszeniu>>. 

Obraz mojego taty, paradującego w koszuli więziennej po Krakowie? Jakże zupełnie nie pasuje do tego, jakim go znam! Jest to bowiem człowiek bardzo łagodnego usposobienia, skromny, pomimo imponującego dorobku intelektualnego (w swojej dziedzinie ten profesor  jest autorytetem na skalę przynajmniej ogólnopolską). Nigdy nie słyszałem, żeby choćby przeklął! A teraz, nad wiekiem skrzyni, widzę obraz brodatego, buńczucznego, niezłomnego bojownika o wolność. 

 

Urodziłem się w 90 roku i echa solidarnościowych wydarzeń wciąż wyraźnie pobrzmiewały w moim dziecięcym życiu. Sądzę wręcz, że złożyły się w sposób bardzo znaczący na “ojczyznę mojej duszy” (za Żeromskim). Ktoś zapyta: cóż mógł mały, kilkuletni chłopiec z tego zrozumieć? Ale pytanie to jest bezzasadne. Rozumiał bowiem na swój własny, dziecięcy sposób – w ten sposób wzniosłe idee nieuchronnie stawały się budulcem jego – mojej – tożsamości. 

Niechaj za przykład posłuży to przemyślenie, które powziąłem dopiero po wielu latach, będąc już człowiekiem dorosłym. W latach 90-tych moim rodzicom, podobnie zresztą jak i milionom innych rodziców w tych czasach, finansowo nie wiodło się najlepiej. Tata był wtedy doktorantem (później: młodym doktorem), a mama przez kilka lat w ogóle nie pracowała. Rodzina utrzymywała się niemal wyłącznie z sezonowej pracy taty w Norwegii przy zbiorze owoców. Warto dodać na marginesie, że dla mnie, jako małego chłopca, musiało to bardzo sensownie korelować z bohaterskim życiorysem taty. Oto bowiem znikał on na trzy miesiące w roku, by wyjechać do dalekiej, zamorskiej krainy na północy i tam zarobić na nasze życie. Tak czy inaczej, już w wieku szkolnym te niedostatki materialne stawały się dla mnie coraz bardziej oczywiste. Koledzy dostawali na komunię nowe rowery i konsole do gier, a o takich prezentach ja mogłem tylko pomarzyć. W naszej rodzinie panował nastrój oszczędności i skromności. I wtedy właśnie na ratunek w grze o akceptację, którą toczyłem w ramach grupy rówieśniczej, przychodził moim rodzicom świat wzniosłych idei, którego znaczący fundament stanowiła ich solidarnościowa przeszłość. Mogli oni bowiem dzięki tej ideowej mapie względnie łatwo wytłumaczyć chłopcu, toczącemu swój własny bój o akceptację w grupie kolegów, że nie pieniądze, nie luksusy i dobra materialne są w życiu najważniejsze. Najważniejsze jest “być dobrym człowiekiem” – to znaczy oddanym, gotowym do poświęceń dla innych ludzi, a także dla abstrakcyjnych idei, takich jak wolność, miłość, życzliwość, czy dobra wola. To z pewnością działało i budowało moją tożsamość. Podczas gdy koledzy szpanowali firmowymi butami piłkarskimi, ja opowiadałem o moim tacie, więźniu politycznym. 

Tym razem artefakt, więzienna koszula, objawił szczególną właściwość swojej mocy czasoprzestrzennych przenosin: był pośrednikiem. Jako nośnik czasu minionego uruchomił nie związane z nim bezpośrednio czasoprzestrzennne przeniesienie osoby trzeciej, czyli mnie. Bo oto przez ułamek sekundy patrzyłem na moje komunijne prezenty, z mieszanką podniosłej, abstrakcyjnej dumy i zazdrości na myśl o rowerach i konsolach pegazus moich szkolnych kolegów. 

Wtem błysk! I artefakt znienacka przeniósł mnie w inne jeszcze miejsce. Lata później, gdy byłem już nastolatkiem, wybraliśmy się całą rodziną do kina “Sztuka” na film o irlandzkich więźniach politycznych. “Głód” to obraz dojmujący, do bólu realistyczny – ukazujący między innymi głodówkę protestacyjną osadzonych z powodów względów politycznych. Nagle szedłem znów ulicą Św. Jana, z tatą, bratem i mamą, w milczeniu, zaraz po wyjściu z kina, w atmosferze doniosłej powagi. Wstrząśnięty i wzruszony, patrzę w zapatrzonego w dal, zapewne pochłoniętego ponurymi wspomnieniami, tatę. Bohatera, bojownika o Herbertowskie “złote runo nicości”, które kiedyś, lata wcześniej, rekompensowało mi brak nowego roweru górskiego. 

 

***
Ale na samym dnie skrzyni znajdujemy jeszcze jeden solidarnościowy artefakt, którego się nie spodziewaliśmy. Niemowlęce ubranko, z przepięknie wyhaftowanymi imionami moim i brata przez mamę, przy użyciu solidarnościowej czcionki. A tak się składa, że z żoną w tamtej chwili spodziewamy się dziecka – dziś Tadek ma już trzy miesiące. I ponownie, jakże to symboliczne, w odniesieniu do powyżej wywołanych wspomnień: ubranko uszyto z dość zgrzebnego materiału; jest piękne, ale na dzisiejsze standardy niepraktyczne. Dziś, gdy żyjemy w rzeczywistości dobrobytu, dzieci ubierają się w znacznie delikatniejsze tkaniny. Ale w końcu lat 80-tych, gdy ubranko powstawało, trudno było o podobne materiały. Ubranko ma więc artystycznie wykonany wolnościowy emblemat. Jest jednak jedynie pamiątką. Jedynie – i aż: bo choć niekoniecznie ogrzeje naszego syna w chłodne dni, to zapewne stanie się jednym z budulców jego tożsamości.

 

A na pewno stało się jednym z budulców mojej.