Babcia Zosia Gołubiew z domu Oleś

***

Jest takie zdjęcie: “Portret własny krakowian na progu trzeciego tysiąclecia”, autorstwa Ryszarda Horowitza. Wykonano je na początku tego millenium. Fotograf z wysokości najwyższych pięter kamienicy na rogu ulicy Szewskiej w Krakowie i Rynku Głównego objął w swoim kadrze pół płyty Rynku, wypełnioną mieszkańcami miasta. Jeśli przybliżyć zdjęcie, o ile dysponuje się odbitką najwyższej próby, można rozpoznać tysiące twarzy. Jednak w masie ludzkiej zlewają się one w przeogromną masę bladych kropek. Jeśli się jednak przyjrzeć uważnie, to na zdjęciu zobaczyć można dwie osoby, nie będące częścią ogromnego tłumu na płycie rynku. Widać je w centralnym oknie Sukiennic. Jedną z nich jest Zofia Gołubiew. Czyli babcia Zosia. Drugą: Andrzej Wajda, co odnotowuję z kronikarskiego obowiązku – zostawmy Wajdę, nie o nim to rzecz. Gdy idzie o babcię Zosię, to prezentuje ona tu dwie postawy, które są bardzo znamienne – z jednej strony góruje nad tłumem, z drugiej zaś – odstaje od niego. Tak właśnie ją pamiętam, gdy wszyscy, ona, ja, całe miasto i cały kraj – wkraczaliśmy w nowe tysiąclecie. Jako osobę ulepioną z innej, lepszej gliny.

Gdy powstawało to historyczne zdjęcie, miałem jedynie dziesięć lat i moje wspomnienia na temat babci z tamtego czasu są  nieco rozmyte. Jednak babcia z typową dla siebie wyrazistością i wyjątkowością i tak zdołała zapisać we mnie dość wyraźne ślady, których kilka postaram się poniżej (i pokrótce, to jasne) przedstawić.

***

Świat 10-letniego chłopca ma swoją charakterystyczną specyfikę. W dużej mierze kręci się wokół kolegów. To oni stanowią punkt odniesienia, to z nimi się porównuje, z nimi odkrywa świat. Dla mojej bandy najważniejsze były weekendy, zwłaszcza gdy dopisywała pogoda. Końce tygodnia były dwudniową, fascynującą podróżą. Nasze eksploracje miejskiej przestrzeni były przedsięwzięciami niepowtarzalnymi – każda z nich jawiła się jako jedyna w swoim rodzaju ekspedycja, usiana przygodami, zaskoczeniami czy emocjami. Ale w tym świecie niezwykłych zajść, w krainie ulic, parków, boisk i placów zabaw, sekretnych przejść i tylko nam znanych miejsc  istniał pewien stały element, słodko-gorzki przerywnik dla naszej rządzy świata – czyli niedzielny obiad u babci. To był rytuał, chyba nawet bardziej stały niż niedzielna msza święta. Gorzki, bo trzeba było przerwać te wszystkie fascynujące czynności, którym z taką lubością oddawaliśmy się podczas weekendów. Słodki, bo każdy wychodził od babci z jakimś kieszonkowym.

Każdy, ale nie ja. Moja babcia była zupełnie inna. I to pod każdym względem. Po pierwsze, nie obowiązywał co niedzielny obiad, na który zapraszała. Po drugie, nigdy nie wychodziłem od niej z kieszonkowym.

Jej obraz bardzo kontrastował z obrazem typowej babci, znanym mi zarówno z opowieści moich kolegów, jak i z filmów, kreskówek czy literatury. Standardowa babcia jawiła się jako starsza pani, która głównie siedzi w domu. Jest dobroduszna i miła, ale i – z perspektywy dorastającego chłopaka – nudna. Gotuje zwykłe, przeciętne obiady i zajmuje się całymi dniami szydełkowaniem, krzyżówkami, lub czymś podobnym. Jakże inna była babcia Zosia! Na przełomie tysiącleci była przecież aktywną zawodowo, nowoczesną panią menedżer. Podróżującą po świecie szykowną damą, która wprowadzała powiew nowoczesności i awangardy do zapyziałego świata przełomu ustrojów. Przywodziła na myśl raczej postacie z popularnego wówczas serialu “Dynastia”, niż wizerunki zwyczajnych babć. Jej wyjątkowości dodawał fakt, że najbliżsi, również córka i zięć, czyli moi rodzice, mówili do niej po imieniu, co było tyleż ekscentryczne, co intrygujące (ja, oczywiście, mówiłem “babcia”). A jeśli już zapraszała na obiad z jakiejś okazji, to z całą pewnością nie był to typowy posiłek. Żadne ziemniaki, kotlet, czy groszek z marchewką. Najczęściej bowiem po prostu zamawiała pizzę. Kolejny znak nowoczesności.

To wszystko było znacznie cenniejsze, niż cotygodniowe kieszonkowe. I, co najważniejsze, 25 lat temu też tak uważałem.

Który z moich kolegów, którzy co prawda wynosili od babć coniedzielne tygodniówki, odwiedzali je w tak niezwykłych przestrzeniach, jak dyrektorski gabinet muzeum narodowego? Z babcią nie kojarzą mi się krzyżówki, seriale, ani nudnawe opowieści o minionych latach. Gdy o niej myślę, to stają mi przed oczami łabędzie głowy, pięknie wyrzeźbione w oparciach foteli meblujących dyrektorski gabinet muzeum narodowego; trylobity, zatopione w marmurowych płytach posadzki; w końcu wielka sztuka, niezrozumiała dla mnie, a przy tym mieszcząca się w kategorii tremendum et fascinosum: niepokojąca, ale i magnetyczna. Cisza muzeum, jego majestatyczność, kształtowały mnie w pokorze wobec wielkości, kładąc się na mnie wtedy jeszcze niewyczuwalnym, a zrozumiałym przeze mnie po latach brzemieniem świetności przeszłych pokoleń. Obok stróżówki straży muzealnej trzeba było skręcić w lewo, w stronę gabinetu i przeszedłszy obok dzieł i gablot z doniosłymi pamiątkami wkroczyć do sekretariatu, kolejnej dostojnej zapory. A dalej, wśród uśmiechów surowych pań w garniturach, strzegących ostatnich wrót, w świat monumentalny i swojski zarazem. Monumentalny materialnymi artefaktami, labiryntem powagi, wzniosłością abstrakcyjnych symboli. Swojski ciepłem i uśmiechem babci. Poprzez onieśmielające przestrzenie, odbywszy konieczne rozmowy ze wszystkimi strażnikami majestatu,  dochodziłem do bezpiecznego promieniowania ciepłej aury babci Zosi.

To zupełnie jak te kapcie hotelowe, które ubierałem gdy przychodziliśmy do niej w odwiedziny. Gromadzone podczas wyjazdów służbowych do różnych krańców świata, jawiły się dwojako. Z jednej strony poświadczały o wyrafinowaniu i kosmopolityzmie, zagranicznych podróżach i bywaniu na salonach. A przy tym były przecież tylko kapciami: ciepłymi, przyjemnymi, uziemiającymi na swój własny, przytulny sposób.

To połączenie kontrastów było bardzo charakterystyczne dla babci. Dla mnie, najpierw małego chłopca, a później młodzieńca, jawiła się jako osoba bardzo wielowymiarowa i w swojej różnorodności nieprzewidywalna. Trochę niczym te abstrakcyjne, współczesne obrazy, których pacholęciem będąc nie rozumiałem, ale które chłonąłem, nasiąkałem ich chaotycznym językiem symbolicznym. Łączyła w sobie staroświecką kindersztubę i elegancję z nowoczesną bezpośredniością i swadą, a także – co dla wnuka szczególnie istotne – ciepłem i serdecznością. I ten uśmiech, uśmiech! Niemały trud muszę wykonać, by przypomnieć ją sobie nie uśmiechniętą.

Może w pracy była inna. Może dostojna? Z marsową miną? Tego wtedy nie wiedziałem i wciąż tego nie wiem.

Tak będzie lepiej.

***

Mam sporą liczbę pamiątek po babci. Te też poświadczają o owej wielowątkowości jej osobowości. Niektóre to, a jakże, sztuki wysokie i abstrakcyjne. Są plakaty, tak wiele, że większość spoczywa w rulonach za szafą, czekając na swój czas. Trochę zabawnych, banalnych drobiazgów – za jej sprawą odartych z banalności, przemienionych w szkatułki gwiezdnego pyłu. Są lektury, bez liku, nie tylko godnie dożywające swojej starości na regale, ale przede wszystkim wpisane, jak wszystko co czytamy, w moje jestestwo. Trochę porcelany, bibelotów, obrazów, ubrań i innych szpargałów – wielki rozrzut symboliczny.

Wypisz, wymaluj.

***

Jest też tajemnica. Tajemnica śmierci mojego dziadka, Staszka, który zginął tragiczną śmiercią. Mam wrażenie, że tę fatalną historię konsekwentnie pomijano w mojej rodzinie – a przynajmniej w mojej obecności. Właściwie dopiero po śmierci babci, a potem mamy, dowiedziałem się nieco więcej szczegółów o tragedii. Nie czas i miejsce, by roztrząsać dlaczego ten katastrofalny moment w dziejach rodziny był tak stabuizowany. Tak czy inaczej, dla mnie, wnuka swojej babci, pozostawał on wiecznie nieodkrytą, mroczną kartą jej historii, historii tragicznej, przed którą skrupulatnie byłem chroniony przez najbliższych. To tak, jakby babcia nosiła w sobie pewien niewidzialny cień; jedynie ledwo wyczuwalny, jakby był tuż za horyzontem – i tylko czasem ujawniał się wyraźnie, gdy ni z tego, ni z owego ta smutna do sedna duszy sprawa zawirowała wokół mojego chłopięcego umysłu. To zresztą kolejny, zaskakujący i kontrastujący aspekt babci Zosi: oto osoba tak pogodna, której optymizm i zdrowy dystans do rzeczywistości mógł wywołać, i z całą pewnością wywołał nie jeden, a setki, jak nie tysiące uśmiechów, skrywa w sobie tak wielką katastrofę. W iście zachwycający sposób torowała sobie drogę przez życie – pomimo tak trudnych jego kolei.

***

Miała swój matecznik, swoją odskocznię, swoje Rivendell – Zasań pod Myślenicami. Tam wyjeżdżała niemal co weekend, aby zaszyć się w niewielkim, drewnianym, skromnym letniskowym domku – z dala od zgiełku miasta, uścisków dostojnych dłoni i splendoru szlachetnych gmachów. Ale nawet tam, ubrana w sprany, stary polar lub wygodną, męską koszulę, zasiadała do biurka i, jak mawiała, “robiła pocztę” – czyli pracowała, pozostając w ten sposób przynajmniej w części swojej świadomości w prezesowskich gabinetach i na prezydenckich spotkaniach. Czy podobnie działo się, gdy wracała do miasta, do świata spraw, załatwień, umów i negocjacji – czy brała ze sobą cząstkę Zasani? Wierzę, że tak. Przecież zawsze, niezależnie od okoliczności miała w sobie luz, poczucie humoru, nieskrępowaną serdeczność: swobodę rodem z uroczego domku letniskowego.

Podobnie rzecz się ma z jej mieszkaniami, które stosunkowo często zmieniała. Za mojej pamięci były trzy: przy ulicy Lea, na Alejach i w końcu w krakowskich Bronowicach. I żadne z nich nie mieściło się w stereotypie “mieszkanie dostojnej pani dyrektor”. To niewielkie mieszkania w blokach (bronowickie: w nowej kamienicy), których wystrój wydawał się dość przypadkowy. Ale można było sobie na to pozwolić, skoro na ścianach wisiały grafiki i obrazy znamienitych polskich artystów. Myśląc o tych mieszkaniach ponownie uświadamiam sobie tę niezwykłą wielostylowość babci. Dochodzę do wniosku, że niezwykle trudno byłoby na podstawie jej osobowości stworzyć postać literacką. Zaskakiwała, mieszała style, popadała w fascynacje nieoczywistymi sprawami. Jak choćby to, nie stroniła od kiczu, ba!, nawet mocno ją pociągał. Pamiętam jej dość późną, bo już z lat nastych pochodzącą fascynację disco-polo. Jakże to kontrastuje z blichtrem i awangardą najstarszego muzeum w Polsce. A gdy wracała z kolejnej, teatralnej premiery (bo teatr uwielbiała), to pewnie nie raz z wieży HiFi popłynął głos jej ukochanego Boba Marleya.

***

Gdy dorastałem, stałem się młodzieńcem, w końcu także młodym mężczyzną, moja optyka widzenia babci także się zmieniła. Z czasem zacząłem patrzeć na nią z nieco szerszej perspektywy. Widziałem, jak angażuje się w rozmaite inicjatywy, nie tylko związane z “najwyższą sztuką” z sal muzealnych: także w działania prospołeczne (choćby jej członkostwo w komisji rewizyjnej Stowarzyszenia Siemacha), literackie (weźmy na przykład jej felietony w “Dzienniku Polskim”, lub pisanie dla miesięcznika “Kraków”), a także oddolne, by tak rzec uliczne (takie jak działalność kolektywu artystycznego Skład Solny). Jako młodzieniec  jeszcze jaśniej widziałem kolejny kontrast: z jednej strony staroświecką elegancję i kindersztubę, z drugiej światową rzutkość i nowocześnie kojarzoną skuteczność. Była jednak pewna cecha, która uwidaczniała się we wszystkich jej działaniach. Postawa, którą nie tylko reprezentowała, ale i starała się zaszczepić w tej części świata, w której akurat operowała: zdystansowany symetryzm. Stroniła od wielkich haseł i sztandarów, nie umizgiwała się do polityków. Ktoś mógłby powiedzieć, że to asekuranctwo, takie “trzymanie się z boku”. Nie zgadzałem się wtedy, a teraz nie zgadzam się tym bardziej z tym ewentualnym zarzutem. Angażowała się w tak wiele tak dalece zróżnicowanych spraw, zachwycało ją tak odmienne od siebie stylistycznie piękno, że aby uczciwie poświęcić się danej sprawie, kolejnej i kolejnej, musiała przy tym zachować do tej sprawy pewien dystans. Tak, aby świat jej nie pochłonął. Więcej nawet: to świat był kontrolowany przez nią, także emocjonalnie.

Jak sądzę to w myśl tej zasady postępując, nigdy niczego mi nie “załatwiła” – choć przecież, jak wiemy, była osobą bardzo wpływową w Krakowie. Chociaż długo szarpałem się ze sobą, nie wiedziałem co mam robić w życiu, szukałem swojej drogi – stała z boku i obserwowała, czasem jedynie – i aż! – dzieląc się ze mną cenną radą, podsuwając strategię, sugerując dalsze kroki. To bardzo subtelne i delikatne podejście było przy tym mądre: kryła się w tym bowiem świadomość, że młody, szukający swojej drogi człowiek musi znaleźć ją sam; nie można mu jej bezpośrednio wskazać. A już na pewno nie można odprowadzić go na przystanek i wsadzić w stosowny autobus jadący przez życie.

***

Jest taka grafika, wykonana przez Bartolomeo Koczenasza: artysta przedstawił techniką Riso kilka płaszczyzn, odzwierciedlających to samo miejsce – plac Św. Ducha w Krakowie. W centralnym punkcie, na dwóch krzesłach siedzimy we dwoje – ja i babcia. Dzieje się to w trakcie pewnego performansu, którego oboje byliśmy świadkami-uczestnikami. Jeśliby kto nie wiedział, że to my, w życiu nie zgadnie. Oto babcia, w centralnym miejscu sceny, ale nieewidentna, jakby na uboczu, przykryta za pozostałymi kolorowymi warstwami grafiki. Tak niezliczonymi, jak niezliczone były warstwy jej życia. Tak, jak liczne są klucze do zrozumienia tej wielowątkowej osoby – a i tak żaden z nich nie pasuje do mechanizmu ostatecznej interpretacji.

Pewnie do śmierci będę kontemplował kim tak naprawdę była. Będę próbował ją jakoś zaklasyfikować, zrozumieć, oswoić na poczet własnej ontologicznej matrycy. I z całą pewnością nigdy do końca tego nie zrozumiem.